8/31/2012

Wstęp

Przychodzi taki czas w życiu niemal każdego człowieka, gdy zdaje sobie sprawę z tego, że jego pobyt tu, na ziemi nie jest już tylko zwyczajnym jestestwem. Kończy się beztroskie dzieciństwo i mimo iż tak młody, niedoświadczony wydawać by się mogło – wyrwany z własnej bajki, nie potrafiący przetrwać ani chwili w tym brutalnym świecie, nieświadomy zła jakie czyha za rogiem, musi zacząć radzić sobie sam. Mimo iż ma wokół siebie rodzinę, przyjaciół, tak naprawdę rzucony na głęboką wodę, po środku morza uzależnień i smutków, zaplątany w sieć problemów. Dni nie dłużą się tak jak kiedyś, a ulatują szybko, pozostawiając po sobie najczęściej złe wspomnienia. Sen nie jest już udręką dzieciństwa, a prawdziwym requiem na zło tego świata. Niezwykłym wyzwoleniem od wszystkiego co nas otacza.

W tym czasie przychodzi dzień, kiedy zastanawia się co takiego właściwie osiągnął, jakie ma priorytety. Czy tak właśnie wyobrażał sobie życie teoretycznie dojrzałego człowieka. Czy jego istnienie cokolwiek zmienia, czy coś dla kogoś  znaczy. A może dryfuje samotnie po tych bezkresnych wodach, na deskach jego własnego, rozbitego statku życia. Nie dostrzegając tego co przynosi los, nie potrafiąc wykorzystać  tego we właściwy sposób.

A w tym dniu przychodzi godzina, gdy myśli nad sensem naszej egzystencji, nad potęgą śmierci i kruchością życia. Dokładnie analizuje każdy swój nawet najdrobniejszy błąd, obwiniając się o coś czego nie potrafił przewidzieć, wylewając łzy, użalając się na sobą i światem. Nad tym, że nie zostawi po sobie żadnego śladu, nad tym, że zmarnował wiele szans. Zbyt wiele szans.

Zaś w tej godzinie przychodzi minuta, gdy jego skrępowany sznurami realiów umysł nie pozwala wyrzucić z siebie gnębiących go myśli. Gdy więzy te nie pozwalają mu na nawet najmniejszy ruch w stronę dobra i mimo, że chce je rozerwać, nie ma tyle sił, nie potrafi samemu stawić temu czoła. Wtedy na chwilę przestaje wierzyć w Boga, w sens tego życia, w to ‘coś’ po śmierci, a dusza przestaje walczyć i upada.

A w minucie tej przychodzi sekunda, w której osłabiony i przytłoczony nawet tymi błahymi problemami, naprawdę potrzebuje kogoś, kto wyciągnie do niego dłoń, uwolni z uścisku rzeczywistości. Kogoś kto pomoże mu wstać i wszystko to co przyniesie los, przyjąć z pokorą , a to co z pozoru złe umiejętnie obrócić w dobre. A wtedy modli się, że Bóg, w którego przed chwilą powątpiewał kogoś takiego mu ześle, postawi na jego drodze. Każdy z nas kogoś takiego ma, ktoś jest nam ‘przypisany’, po prostu musimy liczyć na to, że zdąży, że zjawi się w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze.


***

Miał być to prolog, jednak idąc za wspaniałym 
pomysłem ziemniora, zdecydowałam, 
  że będzie to swego rodzaju wstęp, 
takie o luźne myśli.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz